Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Piszę do Was z miejsca, gdzie słońce wstaje, gdy w Polsce kładziecie się spać, a „droga” do kościoła często oznacza brodzenie w błocie po kolana lub przeprawę przez rwącą rzekę. Tutaj, w sercu Papui-Nowej Gwinei, pojęcie „uczeń-misjonarz”, o którym tak często mówi Papież Franciszek, nabiera niezwykle żywych, wręcz fizycznych barw.
Dla wielu z nas w Polsce bycie uczniem Jezusa kojarzy się z salką katechetyczną, ławką w kościele czy modlitwą w ciszy domu. Tutaj, w diecezji Kundiawa, bycie uczniem to ruch. To ciągłe bycie w drodze.

Błoto, pot i Ewangelia
Kiedy patrzę na moich parafian, widzę Ewangelię pisaną nie atramentem, ale trudem codzienności. Bycie uczniem-misjonarzem w Papui to nie teoria.
Ostatnio, jadąc na jedną ze stacji misyjnych w głębi buszu, mój samochód terenowy – tutaj nasze „nogi” ewangelizacji – ugrzązł w błocie. To nie jest rzadkość w porze deszczowej. Wtedy dzieje się coś niezwykłego. Nie dzwoni się po pomoc drogową, bo taka nie istnieje. Wychodzą ludzie. Moi parafianie. Mężczyźni z maczetami, boso, umazani gliną.
Wspólnie, ramię w ramię, wypychamy auto, bym mógł dojechać z Najświętszym Sakramentem do wioski, która czeka na Mszę św. od miesiąca. W tym błocie, w tym wspólnym wysiłku, widzę uczniów-misjonarzy. Oni nie tylko czekają na księdza. Oni aktywnie torują drogę Jezusowi. Dosłownie i w przenośni.

Katechista – serce papuaskiego Kościoła
Często myślicie o nas, księżach z Polski, jako o tych „głównych” misjonarzach. Ale prawda jest taka, że bez lokalnych świeckich – katechistów – nasza praca byłaby niemożliwa. To oni są pierwszymi „uczniami-misjonarzami” w swoich wioskach.
Wyobraźcie sobie wioskę odciętą od świata, gdzie kapłan dociera rzadko. Kto tam podtrzymuje ogień wiary? Katechista. To często prosty człowiek, ojciec rodziny, który w niedzielę gromadzi sąsiadów na Liturgii Słowa. On uczy dzieci znaku krzyża, on chowa zmarłych, on godzi zwaśnione klany (tzw. wantoków), tłumacząc im, że zemsta nie jest drogą Chrystusa.
Patrząc na nich, uczę się pokory. Oni, często bez wielkiego wykształcenia teologicznego, mają serca, które płoną. Są uczniami, bo wciąż chcą poznawać Jezusa, i są misjonarzami, bo dzielą się Nim w swoim języku, w swojej kulturze, w swoim domu.

Misja nie ma granic geograficznych
Dzielę się tymi obrazkami z Papui nie tylko po to, by pokazać egzotykę misji. Piszę to, by przypomnieć, że hasło „uczniowie-misjonarze” dotyczy każdego z nas – czy to w papuaskim buszu, czy na Podkarpaciu.
Tutaj wyzwaniem jest malaria, czary, poligamia czy brak dróg. W Polsce wyzwaniem może być obojętność, pośpiech czy samotność sąsiada. Ale powołanie jest to samo:
- Być uczniem: czyli słuchać Słowa, karmić się Eucharystią.
- Być misjonarzem: czyli wyjść. Wstać z kanapy.
Waszą „stacją misyjną” jest Wasze miejsce pracy, szkoła, szpital czy własna kuchnia.

Prośba o duchowe wsparcie
Jako Wasz wysłannik na krańcu świata, proszę Was o jedno: bądźcie misjonarzami tam, gdzie jesteście. A kiedy wieczorem, w cieple domów, będziecie odmawiać różaniec, wspomnijcie proszę o Papui. O księdzu Łukaszu, który pewnie właśnie walczy z błotem, i o moich papuaskich braciach i siostrach, którzy z radością, śpiewem i tańcem wielbią tego samego Boga.
Niech Bóg Wam błogosławi! Tenkyu tru! (Dziękuję bardzo!)
Z pamięcią w modlitwie, ks. Łukasz Hołub Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei
